Z włoskiego pamiętnika - MOJE wielkie włoskie odkrycie


No dobra. Strasznie nawaliłam w tych Włoszech, przyznaję. Już niedługo miną dwa lata odkąd wyjechałam z Polski i odkąd to naobiecywałam wszystkim naokoło, że we Włoszech na pewno znajdę tyle inspiracji i tyle czasu na bloga, że w efekcie będę Was codziennie bombardować postami. Sobie samej obiecałam najwięcej: że zobaczę wszystko i jeszcze więcej, że nauczę się włoskiego do doskonałości oraz poznam Włochów lepiej niż oni sami. Obiecałam sobie codziennie inną przygodę, i masę anegdot, no i... że pomimo zakładów, nie przytyję ani jednego grama.

Oszukałam i choć intencje miałam dobre, na pewno będę się palić w dantejskim piekle, gdzieś między trzecim kręgiem przeznaczonym dla łakomczuchów (golosi) a kręgiem niedoszłych blogerów z ukrytymi zamiarami otrzymania jakiejś jeszcze nieistniejącej, lecz ma pewno prestiżowej nagrody dla italianistów-blogerów.